„Druga połowa mnie” · bezpłatny fragment
Rozdział X
Biodra nie znają Excela
Pierwsze zajęcia taneczne, cztery pary legginsów i próba odzyskania ciała, które przez lata miało przede wszystkim dobrze funkcjonować.
Na pierwsze zajęcia taneczne spakowałam się tak, jakbym jechała na operację wojskową.
Legginsy.
Koszulka na zmianę.
Woda.
Ręcznik.
Dezodorant.
Plastry.
Tabletka przeciwbólowa.
Dwie gumki do włosów.
Nie wiedziałam tylko, co zabrać na wypadek publicznego upokorzenia.
Prawdopodobnie większy ręcznik.
Przed lustrem w sypialni zmieniłam strój cztery razy. W pierwszych legginsach miałam za duży brzuch. W drugich uda. Trzecie były zbyt obcisłe, a czwarte zbyt luźne, co dowodziło, że problem nie dotyczył legginsów.
Założyłam długą, czarną koszulkę.
Przód zakrywał brzuch.
Tył pośladki.
Boki zabezpieczały resztki godności.
Stanęłam przed lustrem.
Wyglądałam jak kobieta przygotowana do ćwiczeń albo napadu na niewielki sklep spożywczy.
Telefon pokazywał siedemnastą dwadzieścia. Zajęcia zaczynały się o osiemnastej trzydzieści. Dojazd zajmował piętnaście minut.
Miałam mnóstwo czasu, żeby zrezygnować.
Usiadłam na łóżku.
Mogłam napisać, że źle się czuję. Albo że wydarzyło się coś pilnego w pracy. Nie musiałam nawet wymyślać szczegółów. W pracy zawsze działo się coś pilnego. Wystarczyło otworzyć pocztę.
Otworzyłam.
Pierwsza wiadomość miała czerwony wykrzyknik.
PILNE — prośba o weryfikację dokumentów przed wysłaniem.
Poczułam ulgę.
Wszechświat dawał mi elegancką wymówkę.
Już sięgałam po laptop, kiedy zadzwoniła Magda.
— Nawet nie próbuj — powiedziała zamiast powitania.
— Czego?
— Otwierać tego maila.
Spojrzałam na ekran komputera.
— Skąd wiesz?
— Bo sama go wysłałam.
— Po co?
— Dokumenty rzeczywiście trzeba sprawdzić. Ale jutro rano.
— Jest oznaczony jako pilny.
— Wszystko oznaczacie jako pilne. Gdyby w tym budynku wybuchł pożar, ktoś wysłałby wiadomość z czerwonym wykrzyknikiem i terminem odpowiedzi do końca dnia.
— Mogę to sprawdzić teraz.
— Nie możesz.
— To zajmie pół godziny.
— Masz taniec.
— Skąd wiesz?
— Iza.
— Muszę zmienić przyjaciół.
— Najpierw zmień buty. Podobno na zajęciach nie ćwiczy się w zimowych kozakach.
Spojrzałam na sportowe obuwie przygotowane przy drzwiach.
— Nie wiem, czy to był dobry pomysł.
— Doskonały.
— Nigdy nie tańczyłam.
— Tańczyłaś na imprezach.
— To się nie liczy.
— Dlaczego?
— Bo zwykle było ciemno i wcześniej piłam wino.
— Czyli znasz warunki, w których odnosisz sukces.
— Magda…
— Wyłącz komputer.
— Ale dokumenty…
— Jutro. Wyłącz.
Zamknęłam laptop.
— Zadowolona?
— Bardzo. Teraz wyjdź z domu, zanim zaczniesz prasować.
Spojrzałam na deskę ukrytą za drzwiami garderoby.
Rzeczywiście przyszła mi do głowy.
— Nie miałam takiego zamiaru.
— Oczywiście.
Rozłączyła się.
Wzięłam torbę.
Przed wyjściem popatrzyłam na pustą przestrzeń w szafie po sukni.
— To przez ciebie — powiedziałam.
Szafa nie odpowiedziała.
Ostatnio bardzo dobrze dogadywałam się z przedmiotami.
Przyjechałam dwadzieścia minut wcześniej.
Oczywiście.
Ludzie dzielą się na tych, którzy na pierwsze zajęcia przychodzą spóźnieni, oraz na tych, którzy przez kwadrans siedzą w samochodzie i obserwują wejście, zastanawiając się, czy ucieczka nadal jest możliwa.
Należałam do drugiej grupy.
Studio mieściło się na pierwszym piętrze niewielkiego budynku. Nad drzwiami wisiał różowy szyld:
KOBIECA PRZESTRZEŃ — TANIEC, RUCH, ENERGIA
Brakowało dopisku:
I PUBLICZNA KONFRONTACJA Z WŁASNYM CIAŁEM.
Przez szybę widziałam kobiety wychodzące z wcześniejszych zajęć. Uśmiechnięte, spocone i zdecydowanie bardziej elastyczne ode mnie.
Jedna miała na sobie krótki top odsłaniający brzuch.
Ja nie odsłaniałam brzucha od czasu, kiedy Kamil nauczył się chodzić.
Włożyłam telefon do torby.
Wysiadłam.
Na schodach minęłam dwie młode dziewczyny. Obie były szczupłe, miały idealne kucyki i kolorowe stroje sportowe.
Już chciałam zawrócić, kiedy jedna z nich powiedziała do drugiej:
— Jak jutro wstanę z łóżka, będzie cud.
— Ja już dzisiaj nie mogłam założyć skarpetek.
Poczułam przypływ solidarności międzypokoleniowej.
Na recepcji siedziała kobieta w szerokich spodniach i bluzie.
— Pierwszy raz? — zapytała.
Czy naprawdę było to aż tak widoczne?
— Tak.
— Szatnia po lewej. Sala numer dwa.
— Trzeba się gdzieś podpisać?
— Jest pani zapisana przez internet?
— Tak.
— To wystarczy.
— Nie potrzebuje pani potwierdzenia wpłaty?
— Widzę ją w systemie.
— A zgody na udział?
— Wypełniała ją pani przy zapisie.
— Zaświadczenia lekarskiego?
Kobieta uniosła brwi.
— Będziemy tańczyć, nie skakać ze spadochronem.
— Wolę być przygotowana.
— Widzę.
W szatni znajdowało się kilka kobiet. Najmłodsza mogła mieć trzydzieści lat, najstarsza ponad sześćdziesiąt. Żadna nie wyglądała jak zawodowa tancerka.
Jedna siedziała na ławce i próbowała wcisnąć stopę do buta.
— Noga mi spuchła — oznajmiła. — Albo but się skurczył.
— Skóra naturalna? — zapytała druga.
— Sztuczna.
— To but. Noga jest niewinna.
Przebrałam kozaki na sportowe obuwie.
Kobieta walcząca z butem spojrzała na moją torbę.
— Pierwszy raz?
— Tak.
— Ja też. Barbara.
— Miło mi.
— Mów mi Basia. Barbara brzmi, jakbym przyszła skontrolować podatki.
Była ode mnie kilka lat starsza. Miała krótkie blond włosy, pomalowane na czerwono paznokcie i legginsy w kolorowe kwiaty.
— Wiesz, co będziemy robić? — zapytałam.
— Tańczyć.
— Tyle wiem.
— To wiesz więcej niż ja. Zapisała mnie córka.
— Mnie zmusiły przyjaciółki.
— Czyli żadna nie odpowiada za własną decyzję. Od razu poczułam się lepiej.
Z sali dobiegła muzyka.
Basia wreszcie założyła but.
— Dobra. Idziemy się skompromitować.
— Mów za siebie.
— Przepraszam. Idziemy się rozwijać.
Sala miała jedną poważną wadę.
Lustra.
Cała ściana była pokryta lustrami. Nie można było stanąć bokiem, schować się w ostatnim rzędzie ani udawać, że człowiek wygląda inaczej, niż wyglądał.
Ustawiłam się z tyłu.
Basia stanęła obok.
— Dlaczego wszystkie nowe chowają się na końcu? — zapytała instruktorka.
Miała około trzydziestu pięciu lat, ciemne włosy związane wysoko i sylwetkę kobiety, która prawdopodobnie nigdy nie zastanawiała się, czy w legginsach widać jej brzuch.
— Bo z tyłu jest najlepszy widok — odpowiedziała Basia.
Instruktorka się uśmiechnęła.
— Jestem Karolina. To są zajęcia latino solo dla początkujących. Nie musicie niczego umieć. Nie musicie również wyglądać jak ja.
Kilka kobiet odetchnęło z ulgą.
— Ale możecie — dodała. — Za jakieś piętnaście lat.
Zaśmiałyśmy się.
Muzyka zaczęła grać.
— Najpierw stajemy szerzej — powiedziała Karolina. — Stopy pod biodrami. Nie bójcie się zajmować miejsca. Macie go więcej, niż wam się wydaje.
Rozstawiłam nogi.
Dla pozostałych była to wskazówka techniczna.
Dla mnie zabrzmiała jak uwaga dotycząca całego życia.
Przez lata starałam się zajmować jak najmniej miejsca ze swoimi potrzebami, a jednocześnie wypełniałam sobą każdą przestrzeń, w której trzeba było wziąć odpowiedzialność.
— Rozluźniamy kolana — mówiła Karolina. — Biodra swobodnie.
Moje biodra nie znały pojęcia swobody.
Były przyzwyczajone do siedzenia przy biurku, noszenia ciężkich toreb i niezadowolenia, które kierowałam pod ich adresem od mniej więcej trzydziestu lat.
— Prawo, lewo, prawo, lewo.
Próbowałam.
Moje nogi poruszały się w odpowiednim kierunku. Górna część ciała pozostała nieruchoma.
— Biodra — przypomniała Karolina.
Poruszyłam nimi mocniej.
— Nie walczymy z niewidzialnym przeciwnikiem. Płynnie.
Łatwo powiedzieć.
Przez kolejne dziesięć minut próbowałam jednocześnie ruszać nogami, biodrami i rękami. Każda część ciała realizowała własny program, a żadna nie konsultowała się z pozostałymi.
— Pięć, sześć, siedem, osiem! — liczyła Karolina.
Ja zaczynałam już od trzech, żeby mieć zapas.
— Za dużo pani myśli — powiedziała, zatrzymując się przede mną.
— To wada?
— W tańcu? Ogromna.
— Mogę dostać dokładną instrukcję, jak przestać?
— Nie.
— Fatalnie prowadzicie te zajęcia.
Roześmiała się.
— Proszę przestać liczyć i posłuchać muzyki.
— Liczenie pomaga.
— Nie tutaj.
— W każdej dziedzinie pomaga.
— Biodra nie znają Excela.
Z tyłu Basia wybuchnęła śmiechem.
— Moje nawet kalkulatora — powiedziała.
Karolina wróciła na środek.
— Jeszcze raz. Tym razem nie patrzymy na nogi.
Oczywiście spojrzałam.
Pomyliłam strony i wpadłam na Basię.
— Przepraszam!
— Nic się nie stało. Moje biodra mają własne kierownictwo.
— Moje nadal czekają na zatwierdzenie budżetu.
— To może złóż wniosek o dofinansowanie.
Próbowałyśmy wrócić do rytmu.
Nie udało się.
Stałyśmy z tyłu, śmiałyśmy się i wykonywałyśmy układ opóźniony o dwa takty.
Po raz pierwszy od bardzo dawna nie przeszkadzało mi, że czegoś nie umiem.
W połowie zajęć Karolina zarządziła krótką przerwę.
Usiadłam pod ścianą.
Serce biło mi szybko. Włosy przykleiły się do czoła. Koszulka, którą wybrałam ze względu na bezpieczną długość, okazała się namiotem zatrzymującym całe ciepło organizmu.
— Umieram — powiedziała Basia, siadając obok.
— Dopiero czterdzieści minut.
— Nie odbieraj mi prawa do dramatyzmu.
Podałam jej wodę.
— Dzięki. Sama zapomniałam.
— Mam drugą butelkę.
— Oczywiście, że masz.
— I plastry.
— Dlaczego?
— Na wszelki wypadek.
— Tabletki też?
— Przeciwbólowe.
Basia spojrzała na moją torbę.
— Defibrylator?
— Został w samochodzie.
— Wiesz, że przyszłyśmy tylko potańczyć?
— Teraz już wiem.
Do naszej rozmowy dołączyła szczupła brunetka stojąca obok.
— Jestem Dorota — powiedziała. — Chodzę trzeci miesiąc. Po pierwszych zajęciach przez dwa dni schodziłam po schodach tyłem.
— Dlaczego nadal przychodzisz? — zapytałam.
— Bo przez tę godzinę nikt niczego ode mnie nie chce.
To zdanie zrozumiałyśmy wszystkie.
Jedna z kobiet skinęła głową.
— Mój mąż nawet nie wie, gdzie są ręczniki — powiedziała.
— Po dwudziestu latach? — zapytała Basia.
— Wie, gdzie są. Tylko uważa, że łatwiej zapytać.
— Mój były też tak miał — odezwała się inna. — Po rozwodzie odkrył, że ręczniki nie rosną w łazience.
Zaśmiałyśmy się.
— Wracamy! — zawołała Karolina.
Basia jęknęła.
— Jednak śmierć.
Wstałyśmy.
Pod koniec zajęć Karolina zmieniła muzykę.
Z głośników popłynął znajomy przebój z lat dziewięćdziesiątych. Piosenka z czasów, kiedy miałam dzieci, pracę, studia i kasety magnetofonowe przewijane ołówkiem.
Znałam rytm.
Moje ciało również.
Przestałam liczyć.
Najpierw poruszyły się ramiona. Potem biodra. Nogi po raz pierwszy znalazły się tam, gdzie powinny, bez wydawania im szczegółowych poleceń.
Nie patrzyłam w lustro.
Nie sprawdzałam brzucha.
Nie porównywałam się z Karoliną ani młodszymi kobietami.
Tańczyłam.
Niedokładnie.
Za szeroko.
Prawdopodobnie nadal pół taktu za późno.
Ale przez kilkadziesiąt sekund nie próbowałam niczego kontrolować.
Muzyka się skończyła.
Zatrzymałyśmy się, zdyszane i roześmiane.
— No! — powiedziała Karolina, wskazując na mnie. — Właśnie o to chodziło.
Rozejrzałam się, czy na pewno mówi do mnie.
— Do pani — potwierdziła.
— Przypadek.
— W tańcu najlepsze rzeczy często zaczynają się od przypadku.
Na koniec zrobiłyśmy rozciąganie. Kiedy próbowałam dotknąć dłońmi podłogi, zabrakło mi około trzydziestu centymetrów.
Basia zabrakło czterdziestu.
— Jest dobrze — szepnęła. — Podłoga też może się trochę postarać.
W szatni kobiety rozmawiały głośniej niż przed zajęciami.
Jakby wspólne pomylenie kroków dawało większe prawo do bliskości niż oficjalne przedstawienie.
— Idziemy na wino — oznajmiła Dorota. — Niedaleko jest mały bar.
— Ja nie mogę — odpowiedziałam automatycznie.
Basia spojrzała na mnie.
— Dlaczego?
Otworzyłam usta.
Nie miałam powodu.
Dzieci były dorosłe.
Nikt nie czekał w domu.
Nie musiałam przygotowywać kolacji, odbierać telefonu ani informować żadnego mężczyzny, o której wrócę.
— Właściwie mogę.
— To dlaczego powiedziałaś, że nie?
— Przyzwyczajenie.
— Najgorszy rodzaj zobowiązania — stwierdziła Basia.
Przebrałyśmy się i poszłyśmy do baru.
Usiadłyśmy przy dużym stole. Było nas sześć.
Zamówiłam kieliszek białego wina i sałatkę, ponieważ beza nad morzem nie mogła stać się stałym modelem żywienia.
Rozmowa szybko zeszła na kolana, kręgosłupy i części ciała, które po czterdziestce zaczynają prowadzić własną politykę zagraniczną.
— Ja mam menopauzę — oznajmiła Dorota. — Czasami jest mi gorąco od samego patrzenia na kaloryfer.
— Ja jeszcze nie wiem — powiedziała Basia. — Mój organizm wysyła sprzeczne komunikaty.
— Mężczyźni mają łatwiej — stwierdziła kobieta siedząca obok.
— Nie mają menopauzy — zgodziła się Basia. — Od razu przechodzą do kryzysu wieku średniego i kupują motocykl.
— Mój kupił rower — powiedziała Dorota.
— Budżetowy kryzys.
Śmiałyśmy się.
Nikt nie pytał, czym się zajmuję zawodowo, ile zarabiam ani jakie mam osiągnięcia. Przez godzinę byłam kobietą, która źle tańczy, lubi białe wino i nosi w torbie plastry na wszelki wypadek.
Było to zaskakująco przyjemne.
— A ty masz męża? — zapytała mnie Basia.
Pytanie pojawiło się bez ostrzeżenia.
Jeszcze kilka tygodni wcześniej zaczęłabym wyjaśniać. Dwadzieścia pięć lat pierwszego małżeństwa. Rozwód. Adam. Zaręczyny. Odwołany ślub.
Tym razem powiedziałam:
— Mam dwóch byłych kandydatów do tej funkcji. Jeden zdążył ją pełnić przez dwadzieścia pięć lat, drugi odpadł przed podpisaniem umowy.
Przy stole wybuchł śmiech.
— Z twojej inicjatywy? — zapytała Dorota.
— Oba zakończenia z mojej.
— Odważna — stwierdziła.
— Albo trudna we współpracy.
— Jedno nie wyklucza drugiego — zauważyła Basia.
— Pierwszy był zły? — zapytała kobieta obok.
— Nie. Dobry człowiek. Tylko bardzo niezaradny i przekonany, że za każdym rogiem czeka katastrofa.
— A drugi?
— Też nie był zły. Był przekonany, że katastrofa jakoś sama się rozwiąże.
— Czyli szukamy trzeciego, który zauważa katastrofę i bierze gaśnicę — podsumowała Basia.
— Nikogo nie szukamy.
— Oczywiście.
— Naprawdę.
— Wierzę ci. Ja również niczego nie szukałam, kiedy kupowałam czerwoną bieliznę na promocji.
— To była inwestycja — wtrąciła Dorota.
— Długoterminowa.
Rozmowa przeszła na zakupy internetowe i ubrania, które wyglądają dobrze wyłącznie na modelkach stojących w określonej pozycji.
Nikt mi nie współczuł.
Nikt nie mówił, że jeszcze kogoś spotkam.
Moje życie nie stało się głównym tematem wieczoru.
Było jedną z wielu historii przy stole.
Po drugim kieliszku wina Basia pokazała nam zdjęcie sukienki kupionej na ślub siostrzenicy. Dorota opowiedziała o randce z mężczyzną, który przez półtorej godziny mówił o swojej byłej żonie i wynikach badań prostaty.
— Przynajmniej dba o zdrowie — zauważyłam.
— Ale nie zapytał nawet, jak mam na imię.
— Może było w skierowaniu.
Śmiałam się tak mocno, że rozbolał mnie brzuch.
Nie pamiętałam, kiedy ostatnio spędziłam wieczór z nowo poznanymi kobietami. Bez obowiązków, bez reprezentowania firmy i bez mężczyzny siedzącego obok.
Czułam się lekko.
Nie szczęśliwa w sposób wielki i ostateczny.
Po prostu dobrze.
Na kilka godzin to wystarczało.
Przed wyjściem Karolina podeszła do naszego stolika. Okazało się, że mieszka niedaleko i również wpadła na chwilę.
— Za trzy tygodnie organizujemy wieczorek taneczny — powiedziała. — Dla wszystkich grup. Można przyjść bez partnera. Będziemy zmieniać pary.
— Brzmi niebezpiecznie — stwierdziła Basia.
— Jest bezpieczniej niż na aplikacjach randkowych.
— Poprzeczka nie była wysoko — zauważyła Dorota.
Karolina wyjęła kartkę.
— Kto chce, może się zapisać.
Lista krążyła wokół stołu.
Kiedy trafiła do mnie, spojrzałam na dwie rubryki:
Imię i nazwisko.
Osoba towarzysząca.
Przy drugiej wpisałam kreskę.
Przez chwilę trzymałam długopis nad kartką.
Wieczorek taneczny oznaczał obcych ludzi. Dotyk. Być może mężczyzn. Sytuację, w której nie będę mogła schować się w ostatnim rzędzie.
Mogłam przekazać listę dalej.
Wpisałam nazwisko.
— Proszę — podałam kartkę Basi.
— Jednak idziesz?
— Najwyraźniej.
— Sama?
Spojrzałam na kreskę w drugiej rubryce.
— Nie. Ze sobą.
Basia uniosła kieliszek.
— Obyście się dobrze bawiły.
Wróciłam do domu po dwudziestej drugiej.
Nogi bolały mnie przy każdym kroku. Na prawym palcu pojawił się pęcherz, więc plastry jednak się przydały. Włosy pachniały dymem z ulicy, a policzki nadal były rozgrzane po winie.
Nikt nie pytał, gdzie byłam.
Nikt nie czekał z pretensją ani problemem do rozwiązania.
Przez chwilę mieszkanie wydało mi się puste.
Potem włączyłam muzykę.
Tę samą piosenkę, przy której na zajęciach moje ciało przestało wykonywać polecenia i zaczęło słuchać rytmu.
Zdjęłam buty.
Stanęłam przed lustrem w przedpokoju.
Prawo.
Lewo.
Prawo.
Obrót.
Pomyliłam kroki i uderzyłam łokciem w szafkę.
Roześmiałam się.
Tańczyłam dalej.
Moje biodra nadal nie znały kroków.
Ale najwyraźniej przypomniały sobie, że należą do mnie.